poniedziałek, 1 lipca 2013

Rozdział IX: Włamanie Stulecia Vol. 1: Czym To Się Je?


Po pierwsze, przepraszam, że nowe notki pojawiają się tak rzadko. Ma na to wpływ kilka czynników – brak pomysłów, nadmiar obowiązków, czy też moje lenistwo szóstego stopnia. Jednak tym razem notka ma prawie pięć stron, więc myślę, że nie jest źle; ale to oceńcie wy. Zapraszam do czytania!


Rozdział IX: Włamanie Stulecia Vol. 1: Czym To Się Je?



Kowalski zaprowadził Parkera do swojej własnej siedziby. Pokój był skąpany w mroku, rozjaśnianym jedynie przez światło pochodzące z kilku monitorów ulokowanych w różnych miejscach. Na każdym migotały kolumny cyfr, które nieustannie zmieniały swoje położenie, doprowadzając obserwatora do zawrotów głowy. Ściany pomieszczenia ginęły we wszechobecnej ciemności, ale po prawej stronie dało się dostrzec niewielki biały kształt. Zaś po lewej świeciły niepewnie małe, czerwone punkciki, a od kolekcji płyt odbijał się blask monitorów. Choć nie dało się tego zauważyć, to idąc można było wyczuć porozrzucane na   podłodze rozmaite przedmioty; głównie butelki i puszki, ale trafiały się też ubrania czy opakowania po pizzy. Parker wymacał włącznik światła i go nacisnął, ale nic się nie stało.
- Rico rozwalił żarówkę jakieś trzy miesiące temu – wyjaśnił naukowiec, bez patrzenia się na gościa. Rozsiadł się w czarnym fotelu na kółkach – który mógł mieć w istocie inny kolor, jednak przy braku światła, wszystko wydawało się czarne – i rzekł – Witam w moim małym świecie.
Po tych słowach odepchnął się nogami od biurka w stronę czerwonych światełek. Strateg dokładnie znał rozmieszczenie śmieci na podłodze, toteż bez trudu je wyminął i znalazł się obok swojego celu. Nacisnął kilka przycisków i dało usłyszeć się dźwięk otwieranej szufladki na płyty. Włożył tam jeden z albumów, w których był posiadaniu i już po kilku sekundach, do uszu obu mężczyzn zaczęły dochodzić pierwsze wersy jednej z piosenek Eminema.
- Parker, zaraz za tobą jest mała lodówka. Podejdź do niej proszę i wyjmij z niej dwa piwa.
Drake wzruszył ramionami i rozpoczął trudną przeprawę w stronę chłodziarki. Potykał się dosłownie na każdym kroku, więc w końcu nie wytrzymał i rzucił oskarżycielsko w stronę gospodarza, który zdążył usadowić się przed jednym z ekranów:
- Kurna, człowieku, weź tu zrób porządek, bo takiego burdelu jak żyję nie widziałem!
- Nie marudź dziewczynko, tylko idź po te browce, bo już mnie zaczyna suszyć.
- Jezu… Czy którykolwiek z was jest w stu procentach normalny?
- Mocno wątpliwe, a co?
- A gówno.
Po tej krótkiej wymianie zdań, zabójca podjął przerwaną wędrówkę, by w końcu dotrzeć do lodówki. Gdy ją otworzył, wypadło z niej kilka butelek po alkoholu. Parker przeklął pod nosem stratega za jego nawyki i styl bycia, po czym wydobył z odmętów zamrażarki dwa browary. Teraz czekała go równie ciężka przeprawa w drugą stronę. Westchnął i skierował się w stronę Kowalskiego. Po wielu trudach, przekleństwach, upadkach i wyrzeczeniach, znalazł się obok towarzysza. Postawił napoje na drewnianym biurku, a naukowiec od razu łapczywie chwycił puszkę, otworzył ją i zaczął pić. Po kilku łykach odstawił piwo z powrotem i wyjął z torby przedmioty, które kupili dziś w sklepie.
- Trochę tego jest – mruknął niby to do siebie Drake.
- E tam, mówisz, jakbyś nigdy nie widział kapinki elektroniki po wybebeszeniu.
- Masz jakiś pomysł, co z tym zrobić? – zapytał naiwnie zabójca.
- Hm… Może napalę tym w piecu? – odrzekł sarkastycznie strateg.
- Dobra, dobra. Pomóc ci w czymś jeszcze?
- Niespecjalnie. Jak chcesz to idź pooglądaj telewizję ze Skipperem.
- Bardzo chętnie, nerdzie – rzucił na odchodnym Parker.
- Do zobaczenia rano, bałwanie – odegrał się Kowalski.
Drake wyszedł na korytarz, prowadzący do swoistego salonu bazy. Z niewiadomych przyczyn, ten tunel napawał go lękiem. Jarzeniówki migotały niepewnie, rzucając tylko blade światło, echo kroków odbijało się bardzo wyraźnie, dało się dosłyszeć nawet miarowy oddech mężczyzny. Mijając kolejne drzwi, Parker mimowolnie czytał napisy, które się na nich znajdowały. „Graciarnia” – głosił napis, zawieszony na tabliczce, na pierwszych drzwiach. Kolejną rzucającą się w oczy nazwą było „Pijalnia”, zapisane starannym drukowanym pismem, na drzwiach pokoju Kowalskiego. Dalej dało się dostrzec dumny tytuł, jakim było „Stajnia”, zapisany pismem, przywodzącym na myśl satanistyczną modłę. Następnie „Doktor Psychol”, napisane ozdobnymi literami na drzwiach kwatery Rico. Potem „Nie Taki Tam Zaraz Uroczy”, na wejściu do pokoju Mike’a, w podobnym, zawijastym, poszarpanym stylu, do tego z napisu „Stajnia”. Później była już tylko „Skipperownia”, zapisana drukowanymi literami. Drake w końcu znalazł się w salonie i podszedł do Skippera, siedzącego w fotelu, z karabinem na kolanach.
- Co leci?
- Sam nie wiem. Jakiś film o gościu porywającym prostytutki. Dupy nie urywa, ale nie jest zły.
- Z braku laku… - bąknął Parker i usiadł na brązowej kanapie, stawiając na szklanym stoliku piwo, wzięte z pokoju Kowalskiego.
- Skąd to masz? – ożywił się nagle dowódca.
- Od Kowalskiego, a co?
- No patrzcie sukinsyna. Mówił, że więcej nie ma. Już ja chama jutro przeszkolę.
Zabójca wzruszył ramionami i rozłożył się wygodniej, w zasadzie się kładąc. Kiedy skończył pić piwo, zasnął.
***
Drake obudził się chwilę po Skipperze. Było rano, co można było łatwo stwierdzić, gdyż przez małe okienka znajdujące się pod sufitem, do pomieszczenia wpadały promienie słoneczne, które delikatnie muskały twarz najemnika. Głowa Parkera pulsowała tępym bólem, którego źródła nie dało się określić, tak, jakby cała głowa była jednym epicentrum tej dolegliwości. Mężczyzna podniósł się do pozycji siedzącej i przetarł twarz, po czym westchnął cicho, opierając się o ciemnobrązową sofę.
- Boże, co ja wczoraj wypiłem, że tak łeb mnie nawala? – spytał sam siebie.
- Jak to co? Małe piwko, ale od Kowalskiego. On zawsze dorzuca jakieś wspomagacze – wyjaśnił dowódca.
- Zajebiście, tylko kaca mi brakowało do szczęścia – jęknął Drake i wstał.
Popatrzył po sobie. Aktualnie miał na sobie tylko, ciemne, wytarte jeansy oraz czarną koszulkę z Metallici, którą otrzymał wczoraj od Mike’a. Skarpety, buty i jasnobrązowy płaszcz zostały, jak na razie, tylko wspomnieniem. Zabójca skierował się w stronę swoistego przedpokoju, gdzie najemnicy wieszali kurtki i zostawiali buty. Było to niewielkie pomieszczenie o czarnych ścianach, na których zostały przymocowane solidne metalowe haczyki na ubrania. W pokoju było dwoje drzwi – jedne prowadziły do bazy, drugie do garażu. Nad każdym z wieszaków dało się dostrzec mały napis, z imieniem właściciela. Parker znalazł bez problemu swój karmelowy płaszcz i czarne Adidasy. Ubrał skarpetki, bowiem podłoga w siedzibie komandosów była co najmniej zimna, po czym poszedł do kuchni, w celu przygotowania sobie jakiegoś śniadania. Zastał tam Rico i Szeregowego, siedzących przy stole. Raczyli się gorącą kawą, co w sumie było całkiem zrozumiałe, biorąc pod uwagę wczesną godzinę.
- Gdzie tu trzymacie kawę, że tak spytam?
- W tamtej szafce – odrzekł Rico, który wyraźnie się nie wyspał, wskazując jedną z szafek, którymi wypełniona była cała kuchnia.
Drake podszedł do wskazanego przez psychopatę miejsca, wyjął puszkę z kawą, zagotował wodę, zalał nią zmielone ziarna, po czym zaczął delektować się naparem. Dosiadł się do Rico i Mike’a, którzy w międzyczasie prawie skończyli pić gorący napój. Młodszy z najemników aktualnie zaczął zasypiać z twarzą na stole, schowaną między swoimi, również leżącymi na stole, ramionami. Widać było tylko jego nieco zmierzwione, krótkie, niemal czarne włosy. Oddychał równo i cicho. Parker pociągnął spory łyk kawy ze swojego naczynia i mimowolnie się skrzywił, gdyż przypomniał sobie, że nie nasypał ani trochę cukru do napoju.
- Cholera, macie tu cukier? – spytał z nadzieją w głosie.
Rico, który bawił się monetą, kręcąc nią bączki, pokręcił przecząco głową.
- No dupa, dzisiaj jakoś się przemęczę.
Wtem do pomieszczenia wszedł Skipper. Jako jedyny z najemników, był w pełni sił i nie wyglądał, jakby miał za sobą ciężką noc. Ubrany był w czarny T – Shirt, z białą czaszką i napisem „A Good Day To Die” oraz wojskowe spodnie moro. W brązowej kaburze połyskiwał wypolerowany pistolet. Z prawego buta wystawała rękojeść jednego z noży, zaś drugi  był zaczepiony na lewym boku, w taki sposób, że ręka mogła go zasłonić bez większego trudu.
- Co wy odwalacie? Przecież za chwilę jedziemy, a wy tu sobie kawusię pijecie w najlepsze! I gdzie ten pijak Kowalski?!
- Zgadnij, gdzie on może być – bąknął Szeregowy, nie podnosząc głowy.
- Dobra, ja idę go obudzić, a wy się przygotujcie – rozkazał lider.
- Chrzań się Skipper. Dopiero się obudziliśmy, a Blowhole i Hans nam nie uciekną – wymamrotał Parker.
- Nie znasz Lyngella tak dobrze jak ja.
- A ty nie znasz Aarona, więc się zamknij człowieku. Półprzytomni wiele nie zdziałamy – zripostował zabójca.
- Dobra, to wy się panienki leńcie dalej, a ja idę go obudzić.
- Kuźwa, on tak zawsze? – spytał Drake, kiedy nie było już słychać kroków przywódcy.
- Na ogół – odparli obaj żołnierze zgodnie.
- Nie wiem, jak wy tyle wytrzymaliście – zakończył rozmowę Parker.
Po chwili niemal całkowitej ciszy, zakłócanej jedynie bzyczeniem jakiejś zbłąkanej muchy, do kuchni wszedł Kowalski, raz po raz przecierający swoją twarz, jakby chciał z niej coś zetrzeć. Miał na sobie kraciastą, pomiętą koszulę, z podwiniętymi do łokci rękawami oraz ciemne jeansy. Bez najmniejszego słowa przygotował sobie kawę i dosiadł się do towarzyszy. Jego szare oczy błądziły po całym pomieszczeniu, jakby czegoś szukały, jednak ich spojrzenie ani razu nie padło na Drake’a. Naukowiec zaczął powoli sączyć napój, rozkoszując się jego gorzkim smakiem. Zapanowała niezręczna cisza, którą zdecydował się przerwać Parker.
- Jak tam z tymi noktowizorami?
- Hę? A, noktowizory. Dobrze – odpowiedział rozkojarzony strateg.
- Co ty taki wczorajszy?
- Bo ślęczałem nad tym cholerstwem do drugiej w nocy.
Po tej krótkiej wymianie zdań, to pokoju wkroczył Skipper.
- Dobra, jak chcecie, to jedzcie śniadanie, bo ja tu się zaczynam nudzić.
- A ty co jesteś? Terminator, czy jak? – spytał zirytowany Mike.
Lider nic nie odpowiedział i zniknął za ścianą. Drake wstał zrezygnowany i podszedł do lodówki. Z początku nie chciała się otworzyć, więc kopnął w białe drzwiczki z całej siły, a te ku jego zaskoczeniu, otwarły się. Spojrzał na zawartość zamrażarki i zaczął wybierać pojedyncze produkty. W końcu mógł przygotować z nich całkiem zacne śniadanie. W międzyczasie Rico wyjął z niej zmrożoną pizzę i włożył ją do piekarnika. Kowalski znalazł kilka konserw, które łapczywie zjadł. Szeregowy, jak zwykle, miał zamiar zjeść pizzę na spółkę ze starszym kolegą. Parker kończył już jeść kanapki, zrobione na nieco czerstwy chlebie, gdy Rico wyjmował swoje śniadanie z piekarnika. Po jakimś czasie każdy zjadł swoją porcję i poszedł do salonu.
Na wielkim, drewnianym, prostokątnym stole leżało już całe uzbrojenie. Każdy wziął swoją działkę, po czym cały oddział skierował się do garażu. Kowalski zdążył się w międzyczasie przebrać – tak jak wszyscy – w T – Shirt.
- Jedziemy Volkswagenem – oznajmił Skipper.
Volkswagen wyróżniał się na tle innych aut jeżdżących ulicami Manhattanu; i to nie dlatego, że był furgonetką, bo takich jeździło tam całkiem sporo. Chodziło o fragmenty srebrnej, pancernej blachy, przyspawane na całym samochodzie, nadające mu nieco kanciasty kształt. W kilku miejscach znajdowały się wgłębianie, wypełnione pancernym, przyciemnianym szkłem. Rico i Mike wsiedli do przodu, a pozostała trójka usadowiła się z tyłu, w pokaźnym luku, w którym najemnicy zazwyczaj przewozili broń. Skipper i Kowalski usiedli po prawej, a Parker po lewej. Rico uruchomił silnik i wyjechał na ulice miasta.
- Przy WTC odbij w lewo – poinstruował kierowcę Drake.
Pasażerowie sprawdzali broń, gdy nagle usłyszeli krzyki Szeregowego i psychopaty.
- Barbarzyńca!
- Antyznawca!
- Wiejski burak!
- Walijski bufon!
- Podmiejski patałach!
- Lordowski dupek!
- Co wy odwalacie?! – wrzasnął z tyłu dowódca.
- Ten debil…
- Sam jesteś debil! – wypalił Mike.
- Nie umie się ogarnąć i chce puszczać ten cholerny łomot, który nazywa muzyką!
- A ten pieprzony snob…
- Sam żeś jest snob!
- Chce słuchać jakiejś durnej muzyki klasycznej!
- Kurna, jeden jedyny pieprzony raz, możecie jechać i nie słuchać muzyki.
- Ale… - chcieli zaprotestować podkomendni.
- Koniec dyskusji.
Skipper opadł z powrotem na swoje miejsce i westchnął cicho.
- Teraz na Balon’s Street.
Rico skręcił we wskazaną ulicę i po kilku kolejnych instrukcjach ze strony Parkera dotarł do celu. Komandosi wyszli z auta w porcie. Byli między dwoma wielkimi hangarami; przestrzeń w której się znaleźli, wypełniona była nieprzyjemnym zapachem stęchlizny. Hangar znajdujący się po lewej miał kolor ciemnoniebieski, a ten po prawej – zielony.
- My wchodzimy do tego niebieskiego – powiedział zabójca.
Komandosi podążyli za Parkerem i po chwili ich oczom ukazało się wejście do hali – stare, metalowe drzwi. Był zamknięte na kłódkę, z którą mógł poradzić sobie tylko wytrawny włamywacz. Dało się dostrzec wiele rys, dziur po kulach, a w kilku miejscach niewielkich plamek rdzy. Drake kucnął i zaczął mocować się z zamkiem. Gdy minęło kilka dobrych minut, Rico nie wytrzymał i strzelił parę razy z pistoletu w stronę kłódki, a ta natychmiastowo puściła.
- Też mi, najprościej wszystko rozwalić – zadrwił Parker.
- Ale zadziałało, nie? W przeciwieństwie, do twojego sposobu – odrzekł psychopata z przekąsem.
- Pokłócicie się jak przeżyjemy – skończył kłótnię Skipper, a następnie pchnął drzwi, które zaskrzypiały niemiłosiernie.
Najemnicy ujrzeli długą halę wypełnioną rozmaitymi rzeczami: od broni, po sportowe samochody. Kowalski kątem oka spostrzegł strażnika i nie tracąc ani chwili, wystrzelił w jego stronę z pistoletu. Wróg padł martwy na ziemię, a czerwona kałuża pod jego ciałem stale się powiększała. Mike zaciągnął trupa za pobliskie auto, aby ewentualny patrol go nie dostrzegł.
- Dobra, wszyscy wiecie co robić? – spytał lider.
- Tak. Ja i Parker odcinamy prąd, a wy idziecie udupić Lyngella i Blowhole’a. Małe piwo.
- Świetnie, a teraz ruchy!
Po ostatnim słowie Skippera Parker i Kowalski pobiegli w stronę drabiny prowadzącej do podziemnej części bazy. Trójka pozostałych żołnierzy zeszła w dół, używając innego zejścia, które zawczasu pokazał im Drake. Znaleźli się w niezwykle długim  korytarzu, oświetlonym jarzeniówkami, które migotały nieznacznie; ich światło padało na szarą podłogę i dwa równoległe rzędy drzwi. W pewnym momencie światła zgasły. Komandosi uruchomili noktowizory. Skipper szedł środkiem i był najbardziej wysunięty do przodu. Szedł na ugiętych nogach, aby nie wychylać się zbytnio. Po lewej szedł Rico, dzierżący shotguna, a po prawej Mike, uzbrojony w dwa pistolety. Po długim marszu, dotarli do wylotu tunelu. Przed nimi znajdowała się olbrzymia hala fabryczna, wypełniona zdezorientowanymi strażnikami i bronią. Dowódca oparł się o ścianę i pokazał na migi żołnierzom, gdzie są ich cele. Ci skinęli głowami i na sygnał wyskoczyli. Szeregowy miał za zadanie zlikwidować dwóch przeciwników stojących pod przeciwległymi ścianami, a Rico musiał zabić dwóch pełniących wartę przy wejściu. Żołnierze przekradli się za jedną z wielkich skrzyń. Bez trudu przedzierali się wśród ciemności do swojego celu, pozostawiając za sobą większość obrońców. Gdy od gabinetu Blowhole’a dzieliło ich już tylko kilkadziesiąt metrów, prąd wrócił, odsłaniając ich pozycję. Najemnicy zdołali uskoczyć za osłonę, zanim Chińczycy otworzyli ogień.
- Czy mi się kurwa wydaje, czy te światła zapaliło się o wiele za szybko?! – wrzasnął Skipper.
- Jak chuj za szybko! – odparł Mike.
- Dobra, nawalamy czym się da!
Komandosi strzelali na oślep, wystawiając broń ponad osłonę i strzelając, dopóki nie skończy się amunicja. Udało im się w ten sposób zabić kilku wrogów, ale przewaga liczebna robiła swoje. Rico w akcie desperacji zaczął rzucać granaty, co, o dziwo, dało zamierzony efekt. Strażnicy byli na tyle zdziwieni, że Skipperowi i jego drużynie udało się przebiec do następnej skrzyni. Szeregowy wyjął nóż i podważył jedną z desek. Ujrzał bardzo dużo broni. Wyjął jeden z karabinów i spróbował wystrzelić, ale magazynek okazał się pusty. Chłopak postanowił pobiec do następnej skrzyni, aby sprawdzić, czy tam znajdzie amunicję. Zaczął szaleńczy bieg, starając się unikać niezliczonej ilości kul, zmierzających w jego stronę. Jednak zanim dobiegł do celu, pojedynczy pocisk trafił w jego prawą nogę. Upadł, ale zdołał dotrzeć do skrzyni. Wyłamał deskę i w środku pudła znalazł jedyni granaty.
- Lepszy rydz, niż nic – mruknął sam do siebie, po czym zaczął rzucać bomby bez opamiętania.
Jednak po jakimś czasie usłyszał donośny głos, który cudem przedzierał się przez wszechobecny harmider.
- Rzuć broń Michael, albo twoi koledzy pożegnają się z życiem!
Nie był w stanie określić, skąd pochodził ów głos, ale mimowolnie spojrzał w stronę Skippera i Rico. Klęczeli na ziemi, z rękoma założonymi na głowy, a za nimi stali dwaj Chińczycy, celujący w nich z karabinów. Mike przeklął pod nosem, a następnie odrzucił całą broń, jaką przy sobie miał.




C.D.N.



Podobało się? :d
Jak sądzicie, co poszło nie tak?
Co stanie się z chłopakami?
Na te (i nie tylko!) pytania odpowiemy sobie już w następnej notce!
Do napisania! ;)

sobota, 22 czerwca 2013

Rozdział VIII: Gettin' Started


Po krótkiej naradzie, komandosi jednogłośnie stwierdzili, że wyślą Parkera, żeby dogadał się z B.J.J. Doszli do wniosku, że w normalnym sklepie nie mogą kupić tak dużo broni, nie wzbudzając podejrzeń, dlatego wypchnęli go z wozu, prosto pod lufę starego Johnsona.
- Cóż ja widzę? Czyżby do tej złodziejskiej hałastry dołączył kolejny bandyta? – zapytał gospodarz, celując w zabójcę z broni.
- Spokojnie, ja ich znam od kilku godzin i nie mam bladego pojęcia, czym panu zawinili – odrzekł uspokajającym tonem Drake.
- Niczym! Ten miotacz ognia ukradli Chińczycy! – krzyknął zza osłony Kowalski.
- A wy się zamknijcie, złodzieje broni jedni! Z Chińczykami, to już się rozliczyłem! Ty mów dalej chłopcze, a może nie nafaszeruję cię śrutem.
- Dobrze, więc jak mówiłem, poznałem ich kilka godzin temu. Zgodzili się mi pomóc w udupieniu takiego gościa, który zdrowo mi podpadł, ale nie mają broni i…
- I znów przyszli okraść starego Johnsona, tak?! Ja wam dam, wy gnoje zawszone! Jak z wami skończę, to was rodzone matki nie poznają! – Przy tych słowach otworzył ogień w kierunku auta, ale po chwili skończyła mu się amunicja.
Właśnie wtedy wyszli z niego najemnicy, z rękami uniesionymi w górę. Głos zabrał Skipper.
- Słuchaj Ben, wiem, że…
- Jak dla ciebie kradzieju, to panie Benjaminie.
- Więc panie Benjaminie, wiem, że zaleźliśmy panu za skórę, ale byliśmy w potrzebie.
- I dlatego musieliście okradać bezbronnego staruszka, tak?
- Bezbronnego?
- Mów dalej.
- Tym razem mamy gotówkę i jesteśmy skłonni zapłacić, również za przedmioty zabrane poprzednio.
- Hm… Poczekajcie, wezmę obrzyna i możecie wejść.
Po chwili gospodarz otworzył drzwi i pozwolił im wejść do środka. Zabójca, który był tu po raz pierwszy rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym się znaleźli. To był typowy pokój, dla osoby pokroju Johnsona. Urządzony bardzo skromnie, acz przytulnie. Pod ścianą stały dwa brązowe fotele i kanapa, tego samego koloru, za którymi było dużo okno, przez które do pomieszczenia wpadała promienie słońca, zaś przed nimi znajdował się niski, ciemny, drewniany stolik, na którym stała popielniczka. Ściany zostały pomalowane białą farbą, która zdążyła już wyblaknąć. Przy jednej ze ścian stał rząd szafek, który zastawiony był rozmaitymi przedmiotami – od książek poczynając, poprzez radio, na broni palnej kończąc. Do tego na ścianach wisiały rozmaite zdjęcia – na wielu z nich widoczni byli żołnierze. B.J.J. ruchem ręki wskazał gościom kanapę, zapraszając ich do tego, by się rozsiedli. Sam zasiadł w fotelu, po czym rzekł:
- Dobrze, więc najpierw zapłaćcie za skradzioną broń, albo się pogniewamy.
- Ile to będzie?
- Daj mi policzyć… Rakietnica, miotacz ognia, kilka strzelb, AK – 47, kilka innych karabinów, granatnik, noże, maczeta, kamizelki kuloodporne… To będzie z pięćdziesiąt tysięcy, bez naliczania odsetek.
- Aż tyle? Może trochę zmniejszysz cenę?
- Nie, kradniecie, ponieście karę.
Kowalski westchnął, ale wyjął z torby, którą miał przy sobie, wspomnianą sumę i podał ją weteranowi. Ten powoli przeliczył gotówkę, a następnie schował ją do jednej z szafek.
- Dobra, to teraz możemy pohandlować. Co chcecie kupić?
- Pięć karabinów maszynowych, dwa pistolety maszynowe, jedną strzelbę, sześć pistoletów, dwie snajperki, dziesięć noży, pięć kamizelek, w cholerę granatów, trzynaście tłumików, pięć noktowizorów i liny. Myślisz, że coś się znajdzie?
- Myślę, że jedynie z noktowizorami i linami może być problem. Reszta znajdzie się bez trudu. Chodźcie za mną.
B.J.J. zaprowadził ich do piwnicy, wypełnionej po brzegi wszelaką bronią. Rakietnice, miotacze ognia, moździerze, karabiny, bagnety – a to wszystko w jednym miejscu. Weteran podawał najemnikom broń, a ci wychodzili z piwnicy. Po chwili wszyscy mieli to czego potrzebowali i Kowalski zbierał się do zapłacenia.
- Ile?
- Piętnaście.
Naukowiec westchnął, ale zapłacił bez kłócenia się. Komandosi wpakowali wszystko do furgonu i podziękowali B.J.J. za pomoc, a on odpowiedział tylko:
- Benjamin Joseph Johnson, zawsze do usług.
***
Gdy żołnierze wrócili do bazy, dochodziła godzina dziewiąta. Wzięli broń do swojej siedziby i usiedli na kanapie przed telewizorem. Rozłożyli osprzęt na stole i rozdzielili między siebie. Każdemu przypadła jedna kamizelka, jeden pistolet, dwa noże i jeden karabin. Kowalski i Parker wzięli również pistolety maszynowe i karabiny snajperskie, Rico strzelbę, a Mike dodatkowy pistolet. Został jeszcze podział zadań.
- Dobra, robimy tak – Rico, Mike i ja jedziemy po liny i inne potrzebne rzeczy, a Kowalski i Parker po komponenty do noktowizorów. Jasne?
- Tak. Kto bierze Ferrari? – spytał Kowalski z nadzieją w głosie.
- Wy. Nam się te liny i inne gówna do niego nie zmieszczą. Daj z dziesięć patoli i jedziemy.
***
Drake i Kowalski pokłócili się już przy wsiadaniu do auta, gdyż nie mogli się dogadać, co do tego, który ma prowadzić. Koniec końców, przyszedł Skipper i kazał prowadzić Kowalskiemu, kończąc tym sposobem spór.
Naukowiec i Parker jechali w ciszy, którą w końcu przerwał zabójca.
- Macie tu jakieś płyty?
- Sprawdź w schowku.
- Hm… KoЯn, Follow The Leader, Issues, The Eminem Show, Thunder And Consolation, Significant Other, Youthanasia, Hypnotize, Gorillaz, Serenades, In Requiem…
- Dawaj In Requiem.
- Okej.
Kiedy dojechali do celu, pobrzmiewały już ostatnie sekundy „Fallen Children”. Wysiedli z auta i skierowali się w stronę sklepu.
***
Dochodziła już dwunasta, a Kowalski i Drake jeszcze nie wrócili. Skipper zaczął się trochę martwić, ale uspokoił się, gdy dostrzegł czarne Ferrari. Dopalił papierosa i wyszedł powitać spóźnialskich.
- Co panienki tak długo się zasiedziały w sklepie, co?
- Kolejki były…
- Jasne. Wchodźcie i idźcie to zmontować.
Strateg tylko bąknął coś, o tym, „jakie to wszystko jest do dupy” i wszedł do bazy. Parker poszedł w jego ślady. Po chwili obaj byli w laboratorium i montowali urządzenia. Dowódca usiadł na kanapie i otworzył ostatnią już butelkę piwa. Jutro mieli zaatakować olbrzymi podziemny kompleks. W pięć osób.
Nie, żeby się tym jakoś specjalnie przejmował, tylko po prostu to wydawało mu się tak nierealne, że wręcz komiczne. Mają wejść do bazy jakiegoś psychola, obwieszeni po zęby bronią, wybić wszystkich w pień, wysadzić cały kompleks w cholerę i odjechać w glorii chwały? Niemożliwe zadanie? Być może. Ciekawe wyzwanie? Z pewnością.
Wieczór zapowiadał się tak jak zwykle – Szeregowy słucha metalu, Rico dopieszcza broń, przy akompaniamencie muzyki klasycznej, a Kowalski ślęczy w laboratorium. Razem z Parkerem. No właśnie. Lider nie był pewien, czy powinien ufać facetowi, który parę dni temu zabił Romneya, a potem próbował zabić Eminema. Jednak łączył ich wspólny cel – zabić Hansa. Jak mówi powiedzenie – „Wróg mojego wroga, jest moim przyjacielem”.
Skipper pomyślał, że to faktycznie może być prawda.



C.D.N.




Dziękuję za nominację do TVBA ;) Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem, ale odebrałem to w ten sposób, że w tym miejscu mam dać siedem faktów o sobie i nominować siedem blogów... No to okej... (Uprzedzam, że ja na serio się nie za bardzo orientuję, więc jak coś, to mówcie;))
1. Czternastego marca bieżącego roku skończyłem 13 lat.
2. Jestem fanatycznym fanem metalu, rocka i rapu.
3. Lubię przypalać mrówki lupą w słoneczny dzień.
4. Nie znoszę temperatur wyższych niż 20 stopni, chyba, że w pobliżu jest woda, w której można popływać.
5. Nie lubię cały dzień siedzieć bezczynnie.
6. Mam trzyletnią siostrę, która jest moim przeciwieństwem - cały czas chodzi uśmiechnięta i zadowolona.
7. Lubię sobie siedzieć w samotności, słuchając muzyki i pisząc kolejne notki na bloga.
I to tyle, a teraz blogi... Nie wiem, czy znajdę aż siedem, bo ostatnimi czasy miałem same testy i ledwo z własnymi notkami wyrabiałem, ale może coś się znajdzie ;P (Kolejność całkowicie losowa)
1. szpiedzy-opowiadania.blogspot.com
2. http://reklaaaa.blogspot.com/
3. ywogerezsz.blog.onet.pl
4. opowiadaniapingwinyzmadagaskarubyme.blog.pl
5. pingwinyzmadagaskaruopowiadania.blog.pl
Później coś jeszcze dorzucę, ale chwilowo u mnie słabo z dostępnością, jeśli chodzi o internet. Na razie jeszcze podoczytuję parę rzeczy i wtedy podam z kilka linków ;P

wtorek, 18 czerwca 2013

Rozdział VII: Stary, Ale Jary

Sory, że tak długo, ale brak jakichkolwiek pomysłów skutecznie zastopował proces twórczy :/ Ale wracamy z kolejną notką! Mam nadzieję, że się spodoba ;)



- Chłopcy! Mamy gościa! – krzyknął Skipper, gdy wszedł wraz z Drake’em do bazy.
Po chwili w pomieszczeniu znaleźli się pozostali lokatorzy i co ciekawe – Julian.
- Te, Julek, a ty tu czego? – zapytał dowódca.
- No co? Przyprowadziłem go tu, więc chyba mogę sobie posłuchać, nie?
- Skoro musisz…
- Skipper, a kimże jest nasz gość?
- Na razie wiem, że nazywa się Drake Parker i „wie jak załatwić tego sukinsyna”. Tylko, którego sukinsyna? Rozjaśnisz nam to? – zwrócił się lider do zabójcy.
- A mógłbym dostać szklankę wody?
- Jeśli dzięki temu szybciej powiesz nam, co masz powiedzieć, to okej. I jeszcze jedno: wody, czy wódy?
- Wody.
- Mike, przynieście naszemu gościowi napitek.
Młodzik skinął głową i zniknął na chwilę w kuchni, po czym wrócił, niosąc naczynie ze wzmiankowanym płynem. Parker ochoczo przyjął podarunek i wypił duszkiem napój, a następnie podjął opowieść:
- Dobra, a więc pamiętacie koncert Eminema, prawda?
- Pewnie. Zwłaszcza, to co było pote… - Jednak Szeregowy nie dokończył, bo Rico nadepnął mu na nogę.
- No, to pewnie pamiętacie nieudany zamach. To byłem ja, ale zrozumcie, jak płacą, to biorę robotę i nie zadaję zbędnych pytań.
- W normalnej sytuacji powinniśmy walnąć cię w tym momencie w łeb i wpakować do pierdla, ale mimo wszystko – mów dalej.
- Wynajął mnie do tego niejaki Aaron Blowhole, boss na rynku zbrojeniowym. Chciał wprowadzić zamęt serią zamachów. Nie wiem po kiego, ale wiem, że chciał. Po tym jak zawaliłem i złapał szpiega Lyngella w swojej bazie, wysłał mnie, bym zabił Duńca. Jednak on to przewidział i już na mnie czekał. Mi wyszła amunicja, a on miał przy sobie broń, więc wolałem nie ryzykować i dałem mu zadzwonić do Aarona. Wyszedłem na dach – w sumie sam nie wiem czemu – a po chwili przyszedł Hans, postrzelił mnie w nogę i zepchnął z budynku. Cudem złapałem się parapetu i dotarłem do Juliana, bo wiedziałem, że się znacie.
- Iście zajmująca historia. Jednak równie dobrze może być zmyślona – oznajmił Kowalski.
- Czyli, że sam strzeliłem sobie w nogę? Tak?
- Tego nie powiedziałem. Możesz być człowiekiem Lyngella. Sprawdźmy to! – Po tych słowach naukowiec poszedł do swojego pokoju.
- On tak zawsze? – spytał zażenowany Drake.
- Na ogół.
-Dobrze wiedzieć – mruknął zabójca, a dosłownie w sekundę po tym do pomieszczenia wpadł strateg z jakimiś goglami. Przypominały nieco noktowizor, jednak szkła nie były zielone, a niebieskie.
- Stary, co to jest, co masz na gębie? – zadał pytanie Rico.
- Wykrywacz metalu w wersji naocznej. Hm… Dobra, nie widzę, broni, bomby, ani nawet noża, jest czysty.
- I potrzebowałeś gogli do wykrywania metalu, żeby do tego dojść? – rzucił ironicznie Parker.
Naukowiec jedynie bąknął coś w odpowiedzi.
- Dobra, a teraz, powiedz mi, dlaczego się z nami tym podzieliłeś – rozkazał Skipper.
- Bo mam ochotę zabić gnojów, a oni chcą zabić was. To chyba jeden do jednego, nie?
- Logiczne, ale coś planujesz?
- Wiem gdzie Blowhole ma bazę. Nie jest jakoś silnie strzeżona, więc myślę, że w piątkę spokojnie byśmy do niej wbili bez większych problemów. Tylko potrzebujemy broni i dokładnego planu działania.
- Planem zajmie się Kowalski, prawda Kowalski? – Strateg mruknął coś pod nosem, jako odpowiedź. – Z bronią, może być problem.
- Niby czemu?
- Bo podczas okradania banku… - Mike chciał opowiedzieć o spektakularnej kradzieży, ale Rico ponownie nadepnął mu na nogę.
- I to mnie chcecie wpakować do pierdla? – zażartował Drake.
- Kiedyś o tym porozmawiamy. Teraz musimy zająć się bronią.
- Skipper, myślę, że wiem, skąd wziąć broń – oznajmił Kowalski.
- Dawaj, zaskocz mnie czymś.
- Pamiętam, że B.J.J. miał jej trochę na podorędziu.
- Ze wszystkich twoich chujowych pomysłów, ten jest jednym z najbardziej chujowych, wiesz?
***
Julian właśnie wjeżdżał na teren swojej posiadłości. Pożegnał się z komandosami, gdy wyruszyli do niejakiego B.J.J. Wysiadł ze swojego czarnego mercedesa i zaczął iść niespiesznym krokiem w stronę willi. Echo jego kroków odbijało się bardzo głośno wśród wszechobecnej ciszy. Doszedł do drzwi, pchnął je i wszedł do środka. Przysiadł na kanapie i zauważył światło, dochodzące z niewielkiego pokoju. Wszedł do pomieszczenia i ujrzał Maurice’a. Maurice był czarnoskórym hakerem, którego Julian zatrudnił już jakiś czas temu. Miał lekką nadwagę, jednak był nieprzeciętnie inteligentny. Jego szare oczy zawsze wszystko dogłębnie analizowały i po krótkiej obserwacji komputerowiec zawsze potrafił stwierdzić, z kim ma do czynienia. Diler podszedł do Maurice’a i rzekł:
- Wyślesz mi kilka emaili do kilku znajomych?
- Pewnie. Do kogo?
- Nieważne. Po prostu to zrób.
***
Piątka najemników dojechała do obrzeży miasta swoją nową furgonetką. Zatrzymali się przed starym domem, pomalowanym już bardzo dawno na biało. Na werandzie było bujane krzesło, jasnobrązowy stolik i kilka pustych puszek po piwie. Już powoli świtało, więc komandosi postanowili zaczekać, aż właściciel domu się obudzi. Nie czekali długo, bowiem B.J.J. był rannym ptaszkiem i wstawał zaraz po świcie. Gospodarz przyjrzał się z zaciekawieniem pojazdowi, po czym usiadł na fotelu i wyjął z przenośnej lodówki piwo. Miał na oko sześćdziesiąt kilka lat, siwe włosy, na których było wyraźnie widać zakola, oraz piwne oczy. Skipper wyszedł tylnymi drzwiami wozu o krzyknął:
- B.J.J. stara mordo! Co u ciebie?
Staruszek opluł się piwem ze zdziwienia, ale po chwili się opanował, wyjął spod stołu dubeltówkę i wycelował w dowódcę.
- Jeszcze masz czelność się tu pokazywać, złodzieju?
- Oj tam, od razu złodziej… Po prostu pożyczyłem tą rakietnicę…
- Gnoju zawszony! Ja kurna dam! – Po tych słowach wystrzelił, lecz Skipper zdołał uniknąć pocisku i wskoczyć z powrotem do auta.
- Skipper, właśnie sobie coś uświadomiliśmy – rzekł Kowalski.
- Niby co?
- Że broń mogliśmy kupić za kasę, którą ostatnio zdobyliśmy…
- W takich chwilach mam ochotę was wszystkich zajebać.




C.D.N.



Wiem, że to jedna z nudniejszych, krótszych i ogólnie słabszych notek, no ale, tak jakoś wyszło... Jednak od następnej części powinno być lepiej ;)
Co myślicie o Parkerze?
Jak uważacie - B.J.J. pomoże chłopakom czy spróbuje nafaszerować ich śrutem?
I czy chociaż się podobało? ;)

niedziela, 9 czerwca 2013

Rozdział VI: Zabójca, Który Został Zabity

Czterech najemników z wyczekiwaniem wpatrywało się w telewizor, oczekując żądań lub czegoś w tym stylu od tajemniczego osobnika, którego jak się okazało, Skipper znał. Jednak ten bez pośpiechu wyjął papierosa i zapalił. Zaczął mówić, dopiero gdy wypuścił z płuc opary szarego dymu.
- Dobrze więc moi drodzy. Wasz szef pewnie mnie dobrze pamięta, więc przedstawienie się pominę. Chodzi tylko o jedną fundamentalną sprawę. Wiem gdzie macie bazę i w każdej chwili mogę wpaść do niej i was powybijać, tak o, dla zabawy. Nie powiem wam kiedy. Będzie dzięki temu ciekawiej. I raczej odradzam wystawianie wart. To rzadko się sprawdza. Jeśli was to pocieszy, to wpadnę do was w przeciągu kilku najbliższych dni. Powodzenia życzę.
Na tym nagranie się skończyło. Skipper schował twarz w dłoniach, a po chwili rzekł:
- Kowalski, nie sądziłem, że to powiem, ale przynieś tu swoje rezerwy.
- Czekaj, chodzi ci o broń czy o…
- O to drugie idioto!
- Jasne.
Strateg pospiesznie oddalił się w stronę swojego pokoju, zostawiając towarzyszy samych. W pomieszczeniu było tak cicho, że było słychać zbłąkaną muchę, która nie wiedzieć w jaki sposób trafiła do środka, a nawet nierówny oddech dowódcy, który wyraźnie był zdenerwowany. Podwładni zastanawiali się, co spowodowało takie zachowanie u szefa, ale woleli się o to nie pytać, bo kiedy był zdrowo wkurzony, wtedy, marny los tego, kto przeszkadza mu w rozmyślaniach. Po niezwykle dłużącej się żołnierzom chwili, do pomieszczenia wszedł kowalski, trzymając w rękach dwie skrzynki z piwem.
- I co, to tyle?
- Ostatnio musiałem więcej niż zwykle myśleć.
- Pies cię jeb… - Jednak ku pociesze Kowalskiego, dowódca nie dokończył, a tylko westchnął. – No ale kij z tym, trzeba grać takimi kartami, jakie się ma. My mamy tylko te dwie marne skrzynki piwa. Dawaj mi to!
Po tych słowach wyrwał z ręki naukowca jedną ze skrzynek, wyjął butelkę i zaczął pić. Pozostali niewiele się zastanawiając zrobili to samo. Ciszę, która trwała zdecydowanie zbyt długo, przerwał Mike:
- To może powiesz, o co biega z tym facetem?
- Wiedziałem, że o to zapytasz – burknął Skipper.
- To byłoby dziwne, gdyby Mike się NIE zapytał – podsumował Kowalski.
- Więc…?
- Dobra. To było jakieś pięć czy sześć lat temu, w Kopenhadze.
***
Skipper stał przed wejściem do starej, obskurnej rudery, zbudowanej jakieś sto lat temu, teraz służącej… Właściwie to, niewiadomo czemu. I to miał sprawdzić komandos. Pchnął zardzewiałe metalowe drzwi, które przeraźliwie zaskrzypiały i znalazł się w wielkiej hali. Jedyną ciekawą rzeczą w tym miejscu była krew. Wszędzie. Na ścianach, podłodze, suficie, meblach. I rozmaite narzędzia mordu – poczynając od noża kuchennego, poprzez katanę, na pile spalinowej kończąc. I wszystkie zdradzały ślady niedawnego użytkowania. W tym momencie najemnik pożałował, że nie wziął ze sobą kałasza, tylko zwykły pistolet. Wtem rozległ się wysoki, męski głos:
- A ty tu czego?
- Nie twój interes.
- Mój, bo to jest moja posesja. To gadaj, bo cię poszatkuję tarką do sera!
- Takiś kozak? To się pokaż!
- Proszę bardzo – po tych słowach zza ściany wyszedł nieznajomy.
Był nieco wyższy od Skippera, miał krótkie, starannie uczesane włosy, a jego bystre, brązowe oczy mierzyły żołnierza wzrokiem. Najemnik nie musiał wiele myśleć, żeby dojść do wniosku, że lepiej nie dawać zbliżyć się temu osobnikowi, więc wyjął pistolet i wycelował.
- Zakładam, że to ty jesteś właścicielem tego przybytku.
- Dobrze zakładasz. W czym problem?
- Rozejrzyj się i odpowiedz – zripostował Skipper.
- Hm… Jakby tak się zastanowić, to rzeczywiście – w kilku miejscach jeszcze ściany nie są czerwone!
- Sam to „pomalowałeś”?
- A jakże! I zaraz jeszcze coś domaluję! – Gdy tylko wykrzyczał ostatnie słowo, rzucił się na żołnierza z nożem.
Skipper uniknął ataku i postrzelił przeciwnika w nogę. Kiedy Duńczyk ponowił atak, komandos złapał go za głowę i uderzył nią z całej siły w szybę, rozbijając ją. Potem rzucił mężczyzną w ścianę, a ten stracił przytomność. Skipper zadzwonił do dowództwa, a oni zabrali Hansa do paki i na tym się skończyło.
***
- Więc jak widzicie, gość jest co najmniej powalony – skwitował swoją opowieść Skipper.
- Taki typ psychola bez żadnego konkretnego sensu w życiu?
- Coś w ten deseń.
***
Parker siedział w wieżowcu, w którym parę minut temu zabił szefów największych gangów w NY, czekając, aż Lyngell skończy rozmawiać z Blowhole’em. Po kilku kolejnych minutach biernego oczekiwania, Drake postanowił wyjść na dach i pomyśleć. Czy w ogóle powinien pokazywać się w bazie Aarona, po tym jak znów nawalił? A może zabija Duńca teraz i po problemie? Jednak musi poczekać, do końca rozmowy. Po kolejnych wypełnionych pełnym napięcia wyczekiwaniem minutach, na dach wszedł Hans.
- I co uzgodniliście? – zapytał niby to obojętnie Parker.
- Nic wielkiego, ale ty – cóż, wypadasz z gry.
- Co masz na… - Lecz nie skończył pytania, bo Lyngell postrzelił go w nogę, doskoczył do niego i szepnął mu na ucho:
- Leć – I zepchnął go z budynku, a następnie przyłożył telefon do ucha i patrząc w dół, rzekł – Naszego kolegę Drake’a mamy z głowy.
~ I świetnie. Przyjedź do mnie, taki sukces trzeba oblać!
- Nie omieszkam.
***
W bazie naszych komandosów życie toczyło się swoim zwykłym rytmem – Mike słuchał muzyki na cały regulator, Rico majstrował przy swojej broni, Kowalski ślęczał nad jakimiś wynalazkami, a Skipper siedział na kanapie oglądając wiadomości. W międzyczasie udało im się doprowadzić swoją siedzibę, do jako takiego stanu używalności. Wydawało się, że nic nie przerwie sielankowego nastroju, ale nagle rozległ się dźwięk pukania. Dowódca niechętnie wstał z sofy, podniósł AK – 47, które leżało na stoliku i poszedł w stronę drzwi. Wyjrzał przez judasza i uspokoił się, gdy ujrzał Juliana. Otworzył drzwi i zapytał:
- Co tu robisz tak niewczesną porą?
- Jakiś gość chciał się do was dostać.
- Boże… W jakiej sprawie?
- Nie wiem. Powiedział tylko, że może wam pomóc z Lyngellem.
- Wpuść go.
Diler odsunął się, ukazując oczom najemnika mężczyznę z przestrzeloną nogą, który wyglądał jak siedem nieszczęść.
- Jak się nazywasz kolego?
- Drake Parker. I uwierz mi na słowo – wiem jak załatwić tego sukinsyna.



C.D.N.



I jak? Tego chyba się nie spodziewaliście :P
Co sądzicie o Parkerze, Hansie i Aaronie?
I'm waiting for opinions!
Nowy stary S.D.P.

wtorek, 28 maja 2013

Rozdział V: Nowa Bryka

Tym razem notka iście krótka, ale za niedługo mogę nie mieć okazji jej wrzucić.




W podziemnej części posiadłości Juliana, łączącej się bezpośrednio z East River, znajdywało się czterech mężczyzn ubranych w stroje płetwonurków. Najwyższy z nich miał przez ramię przerzucony dużą torbę, zawiniętą w folię, aby nie przemokła. Zdjęli maski do nurkowania, zrzucili butle z tlenem i same stroje. Z mroku wyłonił się diler, który spytał:
- I jak tam, macie moją działkę?
- Tak jak uzgodniliśmy. Dwieście tysięcy dla ciebie – Kowalski wyjął z pakunku wspomnianą kwotę i rzucił ją Julianowi.
- Pysznie. A teraz wypad, bo jeszcze po was nie posprzątałem.
- Chodzi ci o tą imprezę?
- Tak. Chodzi mi o tą imprezę.
Komandosi wzruszyli ramionami i wyszli z pomieszczenia. Na zewnątrz był środek dnia, więc słońce niemiłosiernie ich raziło. Przystanęli na chwilę, by zwyczajnie rozejrzeć się po ogrodzie, bo mimo faktu, iż byli tu naprawdę wiele razy, to nigdy tego nie robili. Działka miała około trzydziestu arów. Dookoła niej był mur o wysokości trzech metrów wykonany z czarnego granitu, na środku którego znajdywała się metalowa, otwierana elektrycznie brama, również koloru czarnego. Zaraz za murem rosły wysokie na jakieś dziesięć metrów palmy, za nimi krzewy owocowe, a następnie dokładnie skoszony trawnik. Najemnicy po krótkiej obserwacji skierowali się w stronę bramy i wrócili do swojej bazy.
***
W porcie, pod ścianą jakiegoś olbrzymiego hangaru, stały cztery osoby. Jedna z nich trzymała czarną walizkę w prawej ręce. Mężczyzna spojrzał na zegarek i westchnął. Po kilku minutach, do uliczki wjechały trzy auta. Wszystkie były marki Ferrari i wszystkie były czarne.
- O cholera, F70, ma gość klasę – rzekł Skipper.
Z aut wysiadło pięciu mężczyzn w garniturach, a jeden z nich wyciągnął z wozu zakneblowanego Eminema.
- Jak widzicie, mamy waszego kumpla, więc pokażcie kasę, a wam go oddamy – powiedział jeden z porywaczy.
- Dla kogo pracujecie? – zapytał bez ogródek przywódca.
- To jest akurat nieistotne. Dawaj kasę, bo już mnie korci, żeby strzelić – ponaglił oprawca.
- Okej, okej. Patrzcie, to kasa.
Kowalski otworzył walizkę i przesunął ją po ziemi jakieś trzy metry do przodu. Porywacze puścili rapera, a ten od razu pobiegł do najemników, żeby ci go rozwiązali.
- Wiecie co robić – rzucił jeden z tajemniczych ludzi do dwóch ze swoich towarzyszy wsiadając do auta, a następnie wraz z drugim autem odjechał.
Pozostali na miejscu porywacze wyjęli pistolety maszynowe typu Uzi i zaczęli strzelać. Nasi bohaterowie w ostatniej chwili zdążyli uskoczyć w bok, unikając kul. Schowali się za wielką skrzynią i lider rzekł:
- Dajcie spokój, ich jest dwóch, a nas pięciu. Co mogą nam zrobić?
- Tak czysto teoretycznie? Rozwalić nas bez wysiłku! – wrzasnął strateg.
- Rico, daj mi nóż.
Żołnierz posłusznie podał przełożonemu rzeczony przedmiot. Skipper poczekał, aż oponentom skończy się amunicja, po czym wychylił się i rzucił w jednego z nich nożem, trafiając mu prosto w gardło. Mężczyzna upadła na ziemię, dławiąc się własną krwią. Jego towarzysz patrzył na niego ze zdziwieniem i nie zauważył biegnącego w jego kierunku Rico, więc nie zdążył nic zrobić, gdy ten złapał go za głowę, by skręcić mu kark. Najemnicy podnieśli ciała i wrzucili je do bagażnika auta. Muzyk wstał zza osłony i rzekł:
- Wiecie co chłopaki? Wy na serio powinniście się leczyć!
***
Oddział odstawił Eminema na lotnisko, pożegnał się z nim i przyjął zaproszenia na kolację za kilka tygodni. Wsiedli do swojego nowego „zaadoptowanego” dnia dzisiejszego Ferrari. Powrót do siedziby nie zajął im dużo. Zaparkowali wóz w miejscu, gdzie jeszcze niedawno stała pancerna furgonetka, weszli do głównego pomieszczenia bazy i stanęli jak wryci.
- Co tu się kurwa stało?! – krzyknął na cały głos Skipper.
W ich siedzibie panował olbrzymi bałagan. Wszystko było dosłownie wywrócone do góry nogami. Jednak uwagę Kowalskiego przykuł jeden mały przedmiot: płyta CD. Podniósł ją i obejrzał, a następnie zawołał:
- Hej! Chyba coś znalazłem! Patrzcie!
Koledzy podbiegli do niego, by spojrzeć na znalezisko.
- No co tak czekasz na oklaski? Włączaj do cholery! – krzyknął dowódca.
Plazma, która jakimś cudem ocalała, wydała z siebie kilka dźwięków, a po chwili na ekranie pojawiła się twarz jakiegoś na oko czterdziestoletniego mężczyzny. Widać było tylko popiersie, ale i tak można było zaobserwować kilka ciekawych szczegółów. Miał na sobie czerwoną bluzę z kapturem. Jego twarz była poznaczona licznymi bliznami, jego krótkie włosy były nierówno przycięte i zmierzwione. Oczy zaś miał koloru piwnego. Jednak Skipper z miejsca go poznał.
- No ja pierdolę. Tylko tego idioty nam brakowało.
***
Do windy olbrzymiego, przeszklonego wieżowca w centrum Manhattanu wszedł wysoki mężczyzna w brązowym płaszczu i okularach przeciwsłonecznych, które nosił, pomimo całkowitego braku słońca. Wjechał na najwyższe piętro i od razu skierował się w stronę pomieszczenia, znajdującego się na końcu korytarza. Przed drzwiami sali stało dwóch ochroniarzy. Wyjął z kabury dwa pistolety z zawczasu założonymi tłumikami i wystrzelił, zabijając mężczyzn. Wyjął Uzi, przeładował, a następnie kopnął drzwi, które od razu ustąpiły pod naporem.
- Chiński badziew – mruknął pod nosem i otworzył ogień do wszystkich w pokoju.
Po pięciu sekundach wszyscy w środku poza Parkerem nie żyli. A przynajmniej tak mu się wydawało. Usłyszał jakiś szelest i bez zastanowienia zaczął strzelać w jego kierunku, ale amunicja skończyła mu się, zanim zabił cel. Zza biurka wychylił się jakiś niepozorny człowieczek. Miał na oko czterdzieści lat, liczne blizny na twarzy, piwne oczy i krótkie rozczochrane włosy. Nosił szarą bluzę z logiem Slipknot, luźne ciemne jeansy i tenisówki. Drake’a zdziwił jego widok, ale serce podeszło mu do gardła, gdy zobaczył w jego rękach pistolet. Podniósł ręce i wypuścił broń.
- Bardzo ładnie. Oszczędziłeś mi sporo czasu. Mam dla ciebie propozycję – rzekł tajemniczo nieznajomy.
- Propozycję? – spytał zbity z tropu zabójca.
- Tak. Tak samo jak dla Blowhole’a.
- A kim ty niby jesteś, co?
- Tym, którego miałeś zabić. Jestem Hans Lyngell.
- A skąd ty wiesz, że miałem cię…
- To jest nieważne. Dzwoń do Aarona, jeśli chcesz zachować makówkę.




C.D.N.



Co myślicie o Hansie?
Oraz oczywiście o nowej bryce? ;D
Czekam na wasze opinie!
S. D. P.

piątek, 24 maja 2013

Rozdział IV: Jak Zgarnąć Milion Dolarów

- Czy ciebie już doszczętnie pojebało?! – krzyknął Mike, gdy tylko usłyszał, na czym polega plan.
- A masz lepszy plan?
- Nie, ale okradanie banku, jest mocno chujowym pomysłem – powiedział młodzik – nawet jak na ciebie.
Strateg westchnął.
- Słuchaj, jesteśmy drużyną i musimy wspólnie ponosić odpowiedzialność. Rozumiesz?
- Chcąc, nie chcąc.
- Świetnie. Teraz trzeba podzielić zadania i sprzęt.
***
Drake wszedł do bazy Blowhole’a nie do końca pewien czy powinien. Domyślał się, że biznesmen dowiedział się o jego niepowodzeniu z telewizji. Jednak wbrew jakiejkolwiek logice, pojawił się tu, w tej podziemnej fabryce broni i siedzibie największego rekina finansjery na czarnym rynku. Znalazł się w poczekalni i sekretarka od razu go wpuściła, mówiąc, że doktor już na niego czeka. Niepewnie popchnął drzwi wejściowe i wszedł do salonu. Zobaczył Aarona pochylającego się nad metalowym stołem, na którym leżał jakiś człowiek. Podszedł do Blowhole’a najciszej jak potrafił, a on nie odwracając wzroku od więźnia, powiedział:
- Spieprzyłeś sprawę.
- To nie moja wina.
- Może, ale kasy i tak nie dostaniesz.
Parker wzruszył ramionami i przeniósł wzrok z gospodarza na jeńca.
- A to kto?
- Właśnie staram się dowiedzieć - odparł, po czym podniósł młotek - ale nasz kolega milczy jak zaklęty.
Po tych słowach z całej siły uderzył narzędziem w palec wskazujący u prawej ręki ofiary. Więzień zawył z bólu.
- Zmieniłeś zdanie? - rzekł Aaron z sadystycznym uśmiechem na twarzy.
Mężczyzna milczał.
- Tak też myślałem – powiedział, a następnie zmiażdżył kolejny palec. – Uprzedzam, że mogę tak cały dzień, więc mów, a może nie wyjdziesz stąd jako całkowity kaleka.
Człowiek na stole się ożywił.
- Jeśli powiem ci, co chcesz wiedzieć, wypuścisz mnie? – spytał z niedowierzaniem.
- Oczywiście.
- Przysłał mnie tutaj Hans Lyngell.
- A kimże jest ten Hans?
- Dzianym Duńcem, który chce zdominować rynek zbrojeniowy.
- I z twoją pomocą chciał wykraść moje schematy broni, tak?
- Tak.
- Świetnie, tyle chciałem wiedzieć – odrzekł, po czym wbił olbrzymi nóż w gardło mężczyzny, brudząc swój biały garnitur krwią.
***
Przez Wall Street szedł niezbyt wysoki, na oko dwudziestoletni, mężczyzna w czarnej bluzie i jeansach. Wyrzucił niedojedzoną kanapkę do pobliskiego kosza, nie zatrzymując się. Po chwili, znikł w bocznej uliczce, w której stała opancerzona furgonetka. Wsiadł do niej i zdjął kaptur, odsłaniając twarz.
- I jak poszło? – spytał Skipper.
- A jak mogło pójść? Dobrze.
- Świetnie. To teraz zakładamy maski i garniaki, a później rozwalamy ścianę i wbijamy.
Każdemu przypadł inny strój. Może nie były one jakieś wybitne, ale wystarczająco dobre, by ukryć tożsamość właściciela i dać dopływ tlenu. Kowalski miał hienę, Szeregowy goryla, Rico orka, a Skipper maskotkę Iron Maiden - Eddiego. Naukowiec nacisnął guzik, a po kilku sekundach dało się słyszeć eksplozję. Najemnicy wzięli broń i wyszli z auta. Tak jak się spodziewali, wszyscy zgromadzili się w miejscu wybuchu, więc oni mogli otwarcie działać. Weszli tylnymi drzwiami i bez większych przeszkód dostali się do skarbca, przy którym stało dwóch strażników. Rico bez zastanowienia wpakował im po kulce w łeb. Strateg stanął przed drzwiami komory i ocenił siłę zamka.
- Będę potrzebował jakichś dwudziestu minut, żeby się z tym cholerstwem uporać. Wiecie co robić.
Reszta w odpowiedzi skinęła głowami i zajęła pozycje, z których mogli się spokojnie bronić przez dłuższy czas. Nagle zauważyli około dwudziestu ochroniarzy biegnących w ich kierunku. Bez chwili wahania otworzyli ogień, od razu zabijając większość przeciwników. Jednak kilku zdołało się ukryć. Skipper krzyknął do Rico:
- Dawaj odłamkowy!
Po chwili, psychopata rzucił granat, centralnie pod nogi przeciwników i zanim ci zdążyli cokolwiek zrobić, ładunek wybuchł. Zobaczyli biegnących w ich stronę policjantów, którzy w międzyczasie znaleźli się na miejscu zdarzenia. Szeregowy krzyknął:
- Witam organy ścigania! – I rzucił pod ich nogi kolejną bombę, która zabiła większość znajdujących się tam funkcjonariuszy.
Po kolejnych kilku minutach przybiegł Kowalski z dużą torbą przerzuconą przez ramię i wrzasnął z całych sił:
- Chłopaki! Spierdalamy stąd!
Komandosom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wybiegli tym samym wyjściem, którym weszli, cały czas ostrzeliwując oponentów. Wsiedli pospiesznie do furgonu, a Mike włączył płytę KoЯn. Kiedy pozostali dziwnie na niego popatrzyli, rzekł:
- No co? Okradamy bank według waszego planu, to chociaż uciekać możemy, tak jak ja chcę, nie?
Rico wzruszył ramionami i wdepnął gaz. Wyjechali na główną drogę, gdzie było pełno radiowozów i od razu zaczęli jechać w przeciwnym kierunku, jednak po chwili zorientowali się, że są ścigani. Na szczęście, szyby były pociemniane i pancerne, więc nikt z zewnątrz, nie mógł ich zobaczyć. W auto ciągle trafiały kule, wystrzeliwane przez ścigających. Nie wiedzieć kiedy, najemnicy znaleźli się na Moście Brooklyńskim. Nagle w ich bok uderzył radiowóz i Rico stracił panowanie nad autem. Furgonetka uderzyła w barierkę, a następnie wpadła do rzeki.
***
Komisarz Jacob Peterson stał na Moście Brooklyńskim patrząc w odmęty rzeki East River i zastanawiając się, jakim cudem tak dobrze przygotowana kradzież, nawaliła, z powodu nieuwzględnienia możliwości interwencji policji
- Aspirancie Hughes, co ustalono? – spytał Peterson swojego podwładnego.
- Jedno wielkie gówno, panie komisarzu. Znaleziono jedynie wrak tej furgonetki. Jakimś cudem wybuchła.
Jacob roześmiał się, bo będąc zadeklarowanym ateistą, w cudy nie wierzył.
- Oj, Peter, Peter. Na wszystko jest racjonalne wyjaśnienie.
- A więc jaka jest pana wersja wydarzeń? – zadał pytanie funkcjonariusz.
- Kiedy złodzieje wjechali na most, jeden z nich miał zamiar wyrzucić granat przez okno. Jeden z naszych walnął w ich auto, które następnie wpadło do wody, a wcześniej wspomniany przeze mnie złodziej przypadkowo wyciągnął zawleczkę, doprowadzając do wybuchu.
- Brzmi całkiem wiarygodnie.
- Dlatego tak napiszemy w raporcie. A teraz chodźmy stąd, bo pizga jak nie wiem co.



C.D.N.


I co myślicie o planie chłopaków?
I o samej notce?
Czekam na opinie!
S. D. P.

sobota, 18 maja 2013

Rozdział III: Skacowani


Rico obudził się na podłodze jakiegoś ogromnego pomieszczenia, otoczony butelkami po alkoholu, paczkami po chipsach i fragmentami damskiej bielizny. Powoli, z wielkim trudem, podniósł się do pozycji siedzącej i rozejrzał. Głowa potwornie go bolała, a do tego czuł chęć zwymiotowania. Nie był tak skacowany odkąd… Nawet nie pamiętał, kiedy i czy w ogóle był tak upity. Na kanapie leżało około pięciu osób, obok kanapy kolejne pięć i jeszcze wiele po kątach. Z największym wysiłkiem wstał, starając się nie upaść. Podszedł do pobliskiego fotela i usiadł na nim. Przetarł oczy i próbował się zastanowić, co się stało. Pamiętał, że wraz z Eminemem poszli do baru i pili do upadłego, a potem film mu się urwał. Nagle z drugiego końca salonu dobiegł go głos:
- Widzę, że już wstałeś.
Znał ten głos, mimo to, odwrócił się, by popatrzyć w oczy rozmówcy.
- Julian, kurna, co tu się stało?
- Wczoraj około dwudziestej czwartej, wysłaliście mi SMS-a, że się nawaliliście, gliny was gonią i trzeba was gdzieś schować. No to, przyjechałem po was, zgarnąłem i przywiozłem was tutaj, do mojej willi. A ten szmaciarz, Kowalski, sprosił tu wszystkich z okolicy i zrobił imprezę.
- Przecież uwielbiasz takie klimaty, więc w czym problem?
- W tym, że do tego trzeba się zawczasu przygotować.
W tym momencie z drugiego końca pokoju usłyszeli jakiś szelest i zobaczyli, że ktoś się budzi. Podeszli do niego.
- Co jest kurwa? - spytał zachrypniętym głosem Skipper.
Diler, zaczął opowiadać, a tymczasem psychopata, szukał reszty oddziału i rapera. Mike leżał w samym kącie, zwrócony plecami do reszty, a dookoła niego walało się chyba największe skupisko butelek po wódce. Rico trącił go czubkiem buta i powiedział:
- Mike, wstawaj.
Ten w odpowiedzi tylko coś mruknął. Najemnik westchnął i tym razem szturchnął go mocniej i powiedział:
- Szeregowy Michael Private, wstawaj albo marny twój los.
Tym razem poskutkowało. Młodzik powoli zaczął się podnosić, krzywiąc się przy tym z bólu. Zazwyczaj pił bardzo mało alkoholu, a wnioskując z ilości pustych naczyń, wypił nawet więcej od stratega. Kiedy jego młodszy druh wciąż dochodził do siebie, Rico zaczął szukać naukowca. Ten leżał na kanapie w towarzystwie pięciu dziewcząt. „Kowalski, ty zbereźniku”-przemknęło przez myśli żołnierza. Obudził go bez większego trudu, jako iż był zaprawiony w piciu hurtowych ilości alkoholu. Mimo wszystko, również było widać, że procenty robią swoje. Teraz jego serce zamarło, bo przypomniał sobie, że wczorajszej nocy nie byli sami. Podszedł do szefa gangu narkotykowego i rzekł:
- Cholera, Julek, czy kiedy po nas przyjeżdżałeś, to był z nami Eminem?
- Był, a co?
- Wiesz gdzie jest?
- Czekaj, daj mi się zastanowić. Pamiętam, że rapował, by zabawić gości, później walczył na rymy z Kowalskim?
- Co ty pieprzysz?! Kowalski i rymy?!
- Też mnie to zdziwiło. Dobra, później wmieszał się gdzieś w tłum i go nie widziałem.
- Kurwa.
- Spokojna głowa Rico, mamy do niego telefon - usłyszał zza pleców.
To uspokoiło mężczyznę tylko trochę, ale podszedł do stratega i wziął od niego szklankę szkockiej i numer do muzyka. Wystukał telefon, popijając alkoholem i zaczął czekać na sygnał. Po chwili ktoś odebrał, ale nie była ta osoba, która powinna.
~ No w końcu się obudziliście śpiące królewny.
- Kim jesteś?
~ Teraz to nieistotne. Ważne jest to, że mam waszego kumpla i jeśli nie dacie mi jednego miliona dolarów w ciągu tygodnia, będzie martwy.
- Gdzie mamy przynieść forsę?
~ Pójdźcie do portu i zadzwońcie na ten numer, a po chwili odzyskacie swojego przyjaciela, Eminema.
Po tych słowach, rozmówca się rozłączył. Rico schował swój telefon i powiedział do zebranych w pokoju przyjaciół:
- Mamy zdrowo przejebane.
***
Isabel stała przyparta do muru przez trzech piętnastoletnich chłopaków o wiadomych zamiarach.
- Widzę, że teraz nie jesteś taka odważna - rzucił najwyższy.
Zbliżali się do niej powoli, ale zdecydowanie. Wiedziała, że może pomóc jej tylko cud. I takowy nastąpił.
- To niezbyt uczciwe. Trzech na jedną?
Dręczyciele odwrócili się w stronę głosu. Za nimi stał na oko dwudziestoletni chłopak, w czerwonej bluzie, jeansach, czarnych sportowych butach i czarnych okularach przeciwsłonecznych. Na jego twarzy widniał szelmowski uśmieszek.
- A co ty nam możesz zrobić? - spytał niższy z prześladowców. - Nas jest trzech, a ty jesteś jeden.
- A to - odparł nieznajomy.
Po tych słowach, skoczył w kierunku najbliższego przeciwnika, złapał go za prawą rękę i założył dźwignię, dzięki której można było mu ją złamać. Chłopak wył z bólu, jednak oponent ani myślał go puszczać. Kiedy na nieznajomego rzucił się najstarszy z oprawców dziewczyny, ten zręcznie uniknął ataku i podłożył mu nogę. Potem rzucił piętnastolatka, którego przytrzymywał, w jego towarzysza. W niecałe dziesięć sekund rozprawił się ze wszystkimi, po czym krzyknął:
- A teraz spierdalać stąd, zanim porządnie się wkurzę. Jeśli jeszcze raz spróbujecie ją tknąć, to osobiście was zabiję.
Kurzyło się po nich, jakby goniła ich armia piekieł. Nieznajomy odwrócił się i zdjął kaptur oraz okulary.
- Wujek Michael! - krzyknęła dziewczyna i rzuciła mu się na szyję.
- A kogoś się spodziewała, co? Agenta FBI? - odparł ze śmiechem. - Dobrze, dobrze. Chodź, przejdźmy się trochę, bo to miejsce nie nadaje się do rozmowy.
***
Siostrzenica Szeregowego siedziała na Moście Brooklyńskim czekając na wuja. Przyszedł po chwili, trzymając w ręku jakiś pakunek.
- Co to? - spytała.
- Prezenty. Jeden dla ciebie, drugi dla mamy - odrzekł, po czym wyjął butelkę alkoholu.
- Daj spokój, przecież nie jestem pełnoletnia i…
- Nie poznaję cię Issy. Kiedyś byłaś inna. Pełna życia, ciekawa świata. Co się z tobą stało?
- Poznałam trochę świata.
- Ciekawe. Ale wiem co mówię, bo jestem tu trochę dłużej od ciebie i wiem, że trochę procentowego napoju, jeszcze nikogo nie zabiło.
Po chwili wahania dziewczyna odpowiedziała:
- Skoro tak mówisz… Nalewaj.
Mike podał jej szklankę i sam wziął swoją, po czym przysiadł się do niej. Rozmawiali o dawnych czasach, gdy mogli spędzać wspólnie więcej czasu. Poruszyli również tematy związane z teraźniejszością. Siostrzenica pytała Szeregowego o pracę, a on odpowiadał jej, że nic ciekawego. Gadali tak ze dwie godziny. Potem najemnik odprowadził ją do domu i wręczył jej pakunek, polecając jej, żeby oddała go matce. Spojrzała do środka. Było tam dziesięć tysięcy dolarów. Chciała się spytać wuja, skąd je wziął, ale już go nie było.
***
- No w końcu wrócił! - krzyknął Kowalski, gdy tylko Michael przekroczył próg bazy.
Widział, że w ich kwaterze panuje nadzwyczajny bałagan. Na stole stały talerze po jedzeniu i szklanki po alkoholu oraz raz jakieś papierzyska.
- To co robimy? - zadał pytanie Szeregowy.
- Mamy już pewien pomysł. Jest chujowy, ale jest jedynym sensownym wariantem… - rzekł strateg.


C.D.N.


I co o tym myślicie? Domyślacie się, co to za plan?

środa, 15 maja 2013

Rozdział II: W Imię Sztuki!

Drake Parker właśnie przekroczył próg podziemnej bazy Aarona Blowhole’a. Był to olbrzymi kompleks, w którym była wytwarzana wszelkiej maści broń-od AK-47, po broń biologiczną. Wszystko było urządzone bardzo surowo, wszędzie panował porządek. Zaś kwatera właściciela koncernu, to już inna historia. Drake był tam tylko dwa razy, ale musiał przyznać, że doktorek miał całkiem niezły gust niezły gust. Wszedł do poczekalni i raz jeszcze obrzucił ją spojrzeniem. Bordowe fotele, kilka stolików, dębowe ściany, taka sama podłoga, olbrzymie drewniane drzwi, prowadzące do domu i najbardziej irytująca część-biurko, za którym siedziała sekretarka Aarona, niejaka Perky. Wiedział o niej stosunkowo niewiele. Jedynymi znanymi mu faktami było to, że pochodziła z Anglii i miała wysokie wykształcenie w zakresie ekonomii. Zabójca zastanawiał się po co Blowhole ją trzymał, skoro był mistrzem nauk ścisłych i miał głowę do interesów. Usiadł na miękkim fotelu pogrążając się w rozmyślaniach, z których po chwili wyrwała go Angielka, mówiąc, że ma wejść.
Niewiele się zastanawiając otworzył drzwi i wszedł do salonu. Prezes największej nielegalnej fabryki broni na świecie siedział na bordowej kanapie, z drinkiem w ręku. Były agent nie mógł się nadziwić, z jaką siłą bił od tego człowieka całkowity brak empatii. Kiedy zorientował się, że ma gościa, Aaron wstał i powitał Parkera. Ten przyjrzał się swojemu pracodawcy w pełnej okazałości, jako iż wcześniej nie miał takiej okazji. Miał na sobie biały garnitur i spodnie oraz czarne mokasyny. Miał długie brązowe włosy do ramion, małą brodę otaczającą tylko jego usta i brązowe oczy. W zasadzie, to oko, bowiem miał tylko lewe. W miejscu, gdzie powinno być prawe znajdowała się mechaniczna opaska, z czymś co wyglądało jak noktowizor. Nad i pod urządzeniem widoczna była blizna. Jego obserwację przerwał Blowhole:
- Muszę przyznać, że całkiem zgrabnie ci to poszło.
- To w końcu moja praca - odrzekł morderca.
W tej chwili spostrzegł kilka czerwonych plamek na ubiorze pracodawcy.
- Widzę, że miałeś niedawno gościa - rzekł, starając się zachować kamienny wyraz twarzy, ale czuł, że jego serce bije coraz szybciej.
- Tak. Zaś ja widzę, że się denerwujesz - sparował.
- Ale skąd to… - chciał spytać, ale rozmówca mu przerwał.
- Widzisz, ta opaska nie tylko zakrywa resztki mojego oka. Mam w niej również całkiem przydatny rentgen.
Parker skinął głową, po czym powiedział:
- To co z moim honorarium?
- Tak jak uzgodniliśmy, dwadzieścia tysięcy gotówką - odparł, po czym rzucił na stół gigantyczną torbę. - Sam sprawdź.
Drake otworzył ją i pospiesznie przeliczył pieniądze oraz sprawdził czy są prawdziwe. Wynik oględzin bardzo go zadowolił. Zarzucił pakunek na ramię i już chciał wyjść, ale psychopata go powstrzymał.
- A nie chcesz zarobić więcej? Zacznie więcej?
- Zamieniam się w słuch.
***
Oddział sprawdzał scenę i miejsca siedzące. Koncert miał zacząć się za kilka godzin, więc mieli trochę czasu. Kowalski i Rico właśnie dawali raperowi sprzęt-kuloodporną kamizelkę. Psychopata oddalił się, a Mathers zatrzymał naukowca i powiedział mu coś, po czym ten skinął głową, a następnie poszedł w stronę furgonetki z zaopatrzeniem.
***
Eminem wykonał już połowę utworów i tłum był coraz bardziej rozentuzjazmowany.  Rico i Kowalski stali blisko sceny, Mike zajął stanowisko przy jednej z możliwych pozycji snajpera, a Skipper przy drugiej. Między psychopatą, a strategiem wywiązała się rozmowa.
- Wiesz co stary, myślę, że mógłbyś się z nim dogadać - zagaił starszy z mężczyzn.
- A z czego to wnioskujesz? - odparł z nieskrywanym uśmiechem jego towarzysz.
- A z tego, że poza kamizelką poprosił mnie o Uzi.
Druh popatrzył na niego ze zdziwieniem.
- Pieprzysz.
- Nie. Mówię ci, gość jest niezły.
- Pierdolę, a ja myślałem, że jestem posrany - powiedział, po czym wyciągnął papierosa.
***
Punkt kulminacyjny zbliżał się nieuchronnie. Parker już zajął swoją pozycję i przygotowywał się do oddania strzału. Muzyk wygłaszał przemówienie, poprzedzające wykonanie ostatniej piosenki. Zabójca już ustalił, kiedy wystrzeli. Zanim dojdzie do refrenu. Raper zaczął śpiewać-czy też raczej mówić. Drake dokładnie przestudiował tekst i wiedział, że musi strzelić teraz. Wycelował prosto w serce i oddał strzał.
***
Kowalski patrzył z zadowoleniem i pewnego rodzaju satysfakcją, na Mathersa, który bez szwanku dostał kulkę z broni snajperskiej. Nie upadł i gdy tylko minął pierwszy szok, wyjął broń, którą dostał od stratega i zaczął strzelać w kierunku, z którego padł strzał. Strateg powiedział do komunikatora:
- Mike, bierz go.
~ Się robi.
Młodzik wbiegł po schodach do pomieszczenia, w którym miał być snajper, ale zastał tylko jego broń. Nagle poczuł ukłucie i padł nieprzytomny na ziemię. Za nim stał Drake.
- Rozwaliłbym cię, ale nie mam czasu - rzekł po czym splunął w stronę nieprzytomnego komandosa i opuścił pokój.
***
- Co macie na myśli, mówiąc, że uciekł?! - wrzasnął Skipper.
- To co myślisz - odparł niewzruszony Szeregowy.
- Kurwa… No ale nic, grunt, że akcja się powiodła.
Żołnierze zaczęli pakować sprzęt do wozu, bo koncert skończył się już jakiś czas temu. „Po cholerę tyle tego braliśmy” - pomyślał naukowiec. Już prawie skończyli robotę, kiedy podszedł do nich muzyk.
- Chłopaki, chciałem wam podziękować, za uratowanie mi dupy.
- To nasza praca - odrzekł dowódca, wrzucając do auta AK-47.
- Jednak, chciałem się was zapytać, czy nie dołączylibyście do mnie, podczas posiedzenia w barze.
Oddział popatrzył po sobie i zrozumiał się bez słów.
- A wiesz co? Dołączylibyśmy - rzekł Skipper.
***
W obskurnej knajpie na przedmieściach właśnie toczył się zażarty pojedynek, między Kowalskim, a Eminemem. Mike już dawno upił się do nieprzytomności i leżał w kacię, otoczony własnymi rzygowinami, podczas gdy Rico i Skipper-również pijani-kibicowali strategowi.
- Em, wież, sze nie masz szanz? - wybełkotał naukowiec.
- Zobaszymy! - odparował raper.
Po czym obaj złapali za kieliszki i opróżnili ich zawartość. I jeszcze raz. I kolejny.


C.D.N.


Proszę o komenty...

czwartek, 9 maja 2013

Rozdział I: Nowa Robota


Oddział obejrzał całe nagranie i wywnioskował z niego, że jeśli chcą zarobić trochę kasy, to mają iść pod miejsce wczorajszego zamachu i pokazać przepustki, które były załączone do CD, a na miejscu otrzymają wytyczne. Po krótkiej naradzie, zgodnie zdecydowali, że zastrzyk gotówki zdecydowanie by im się przydał i pójdą tam za godzinę. Do tego czasu mogli zająć się swoimi sprawami. Szeregowy zaszył się u siebie i włączył płytę Limp Bizkit, którą niedawno nabył. Rico ostrzył, czyścił i sprawdzał broń, Kowalski poszedł do laboratorium, a Skipper oglądał wiadomości. Godzina minęła w miarę szybko i komandosi już siedzieli w swoim jeepie. Po około dwudziestu minutach dojechali na miejsce przeznaczenia. Podszedł do nich człowiek w garniturze i spytał:
- Co tu robicie?
Dowódca wyjął przepustkę i już chciał odpowiedzieć, gdy człowiek, który ich zatrzymał rzekł:
- Idźcie do tamtego namiotu - I wskazał palcem pobliski namiot.
Najemnicy skierowali się we wskazane miejsce i weszli do środka, gdzie czekał na nich łysy facet około czterdziestki. Miał na sobie hawajską koszulę, słomiany kapelusz, czarne przeciwsłoneczne okulary i japonki. Gdy weszli, wstał i ich powitał:
- No wreszcie jesteście! Myślałem, że nie przyjdziecie. Dobra, przejdźmy do rzeczy. Bloomberg chce, żebyście przeczesali teren, przesłuchali świadków, a potem zdali mu raport o dziewiętnastej w Central Parku. Pojmujecie?
Skinęli głowami i wyszli na zewnątrz, po czym Skipper rzekł:
- Okej, zrobimy to tak, Kowalski, Rico sprawdzacie teren, Mike, przesłuchania, a ja spróbuję się czegoś dowiedzieć.
Wszyscy rozeszli się do swoich zadań, a Skipper wsiadł do wozu.
***
- Co mu kurwa jesteśmy, NCIS? - spytał zirytowany Rico.
Kowalski uśmiechnął się do siebie. Wiedział, że jego przyjaciel raczej wolał powodować takie sytuacje, niż sprawdzać ich efekty. Nagle uwagę naukowca przykuł pewien szczegół. Między kawałkami gruzu zauważył marynarkę. Podbiegł do niej i zobaczył to, czego spodziewał się zobaczyć. To był Mitt Romney. Lewa połowa jego twarzy była zmiażdżona, ale nie to przykuło jego uwagę. W oczy rzucała mu się rana w okolicy serca. Poprosił druha i sprzęt i wyciągnął z niej pocisk, po czym stwierdził:
- Wybuch miał zamaskować atak na Romneya. Zabójca jest doświadczony.
- A z czego to wnioskujesz?
- Takie kule są sprzedawane tylko do specjalistycznej broni. Poza tym głębokość rany pozwala określić z jakiej odległości strzelał. Jakieś pół kilometra. Z północy, pod wiatr. Miał jednak czysty strzał. Żaden amator nie trafiłby w takich warunkach, nawet ja miałbym pewne trudności. Do tego sam strzał go nie zabił. Żyłby jeszcze z minutę, a potem by się wykrwawił. Myślę, że strzelał z łodzi i podczas strzału, przez falę, która uderzyła w burtę, chwilowo stracił równowagę, po czym oddał strzał, lekko pudłując, a następnie wysadzając wszystko w cholerę - skończył swój wywód Kowalski.
- Ale po co tyle zachodu?
- Tego nie wiem. Ale teraz chodźmy sprawdzić miejsce wybuchu. Tam będziesz mógł się popisać.
Skierowali się do strefy wybuchu, a psychopata, gdy tylko znaleźli się na miejscu przystąpił do oględzin.
- Parę kilo TNT, i kilka C4, położonych tu, tu i tu - rzekł, wskazując trzy różne miejsca.
- Hm… W sumie, to wystarczyłoby, żeby to wysadzić. Dobra, idziemy sprawdzić, jak idzie Mike’owi.
***
Szeregowy właśnie kończył dopalać skręta, gdy nadeszli jego towarzysze.
- I jak tam idzie? - zadał pytanie Kowalski.
- Jak krew z nosa. Mówią mniej składnie od ciebie po pijaku - odparł szczerze młodzik.
- Mówię nieskładnie po pijaku? - udał zdziwienie strateg.
Ich rozmowę przerwał dowódca.
- Panowie, zbieramy się. Do Central Parku jest trochę, a my mamy tam być na dziewiętnastą.
- Tak jest! - wykrzyknęli podwładni i wsiedli do wozu.
***
Burmistrz Nowego Jorku przechadzał się alejką w Central Parku podziwiając przyrodę, gdy usłyszał zdyszanych komandosów za swoimi plecami:
- Sory za spóźnienie, ale te cholerne korki były tak wielkie, że nie dało się szybciej.
- Spokojnie panowie. Zdajcie mi raport i pogadamy o ofercie pracy.
- Dobrze więc - zaczął Kowalski. - To rzeczywiście był zamach na Romneya. W jego klatce piersiowej znaleźliśmy pocisk do wyrafinowanej broni snajperskiej i mogę śmiało stwierdzić, że mamy do czynienia z zawodowcem. Z zeznań świadków wynika, że do wybuchu doszło centralnie przed oddaniem strzału przez Lewandowskiego. Czyli, że jeśli zabójca będzie jeszcze działał, a myślę, że będzie, to zabijał będzie w punkcie kulminacyjnym. Do tego myślimy, że do wywołania wybuchu użyto około dwudziestu kilogramów ładunków wybuchowych uprzednio podłożonych przez zamachowca. I to chyba tyle.
- Muszę przyznać, że całkiem nieźle wam poszło.
- Przez skromność nie zaprzeczę-odrzekł lider.
- Więc przejdźmy do sedna - zaczął polityk. - Chodzi o to, że w przyszłym tygodniu w naszym mieście ma mieć koncert Marshall Bruce Mathers III.
- Szczerze powiedziawszy, to go nie znam - powiedział naukowiec.
- Oj, myślę, że znasz, tylko pod jego pseudonimem artystycznym - zadrwił Mike.
- Który brzmi…?
- Eminem.
- Jakim cudem Eminem ma tutaj koncert, a media o tym nie trąbią?! - spytał przywódca.
- Zamach, Liga Mistrzów. Powodów jest kilka. A teraz moje pytanie: czy podejmiecie się ochraniania go na jego koncercie?
- Ile płacisz?
- Dziesięć tysięcy, jako zaliczka, a po udanej akcji dodatkowe trzydzieści. Wchodzicie?
Oddział popatrzył po sobie i po chwili zgodnie rzekł:
- Wchodzimy.
***
Kowalski domyślił się, w którym momencie zostanie wykonany zamach. Ostatnią piosenką miała być „Kim”, której Mathers jeszcze nigdy nie wykonywał na żywo. Co byłoby swoistym punktem kulminacyjnym. Raper miał dostać najwytrzymalszą kamizelkę kuloodporną przetestowaną przez psychopatę i naukowca. Próbowali ustalić, skąd będzie strzelał, ale nawet Kowalski nie był do końca pewien, gdzie mógłby stacjonować snajper. Było tam kilka miejsc idealnych dla strzelca. Jednak w końcu zdecydowali, że skoro jest tak świetny, to wybierze miejsce, w którym będzie miał zarówno czysty strzał, jak i możliwość ucieczki. Po omówieniu planu działania, Skipper poszedł do kuchni, w celu przygotowania kolacji. W międzyczasie każdy zajął się sobą. Najmłodszy z mężczyzn bawił się swoim nożem, psychopata czyścił broń, a strateg sprawdzał wszystkie możliwe warianty, opcje i scenariusze. Po kilku minutach do pomieszczenia wszedł dowódca z talerzami z pizzą. Każdy dostał taką, jaką lubił. Wszyscy poza Mike’iem pikantną, a on łagodną. Po zakończonym posiłku lider wstał i powiedział:
- To dzisiaj proponuję wyspać się po ciężkim dniu, a jutro dopracujemy szczegóły naszego planu.
***
Kowalski rozmawiał z Szeregowym podczas powrotu do pokoju.
- Skąd ty masz tyle tych płyt? - zapytał zdziwiony naukowiec, widząc pokaźną kolekcję krążków swojego druha.
- Ano widzisz, to jest tak: Skipper i Rico wydają całą kasę na broń, ty na alkohol i części do wynalazków, które potem wybuchają, a ja na dragi i płyty - odrzekł mu szczerze przyjaciel.
- Heh… Coś w tym jest.
- Prawda Kowalski-powiedział komandos z uśmiechem na twarzy, po czym zamknął drzwi, pozostawiając stratega samego na korytarzu.
Ten skierował się do swojej kwatery i gdy doszedł do drzwi pchnął je przed siebie. Przysiadł na pryczy i wyjął butelkę szkockiej.


C.D.N.

Jak zwykle, komentarze mile widziane.

niedziela, 5 maja 2013

Prolog

Na wstępie, chciałbym podziękować Natalii Dybczyńskiej aka natalia30107.



Nowy Jork był zalewany kaskadami wiosennego deszczu. Na stacji kolejowej stał wysoki mężczyzna z krótkimi, czarnymi włosami, ubrany w długi czarny płaszcz. Przez prawe ramię miał przewieszony pokrowiec na gitarę, który również był czarny. Jedyną białą rzeczą w jego wyglądzie była jego skóra. Był zdenerwowany, spojrzał na swój zegarek i westchnął. Po chwili przyjechał jego pociąg. Wsiadł do środka i zajął miejsce przy oknie. Był sam w przedziale, więc otworzył pokrowiec. W środku były gitara, która była nadzwyczaj ciężka. Rozejrzał się jeszcze dla pewności i zaczął ją rozkręcać.
***
- Kowalski, cholera jasna! Jeśli jeszcze raz w ciągu dzisiejszego dnia coś wybuchnie, osobiście utnę wam ten tępy łeb! - wrzasnął Skipper.
- Tak jest - odparł naukowiec, którego umysł był jeszcze lekko przytępiony nadmiarem alkoholu.
- Świetnie-rzekł dowódca i dodał-A, i jeszcze jedno. Zero chlania na służbie Kowalski.
Strateg w odpowiedzi tylko skinął głową. Rozejrzał się po głównym pomieszczeniu ich bazy głównej. Był tam sam. Szeregowy i Rico zapewne byli w swoich pokojach, zaś Skipper poszedł do kuchni. Strateg mógł usłyszeć dźwięk piosenki jakiegoś zespołu metalowego dochodzący z pokoju młodzika, a z kwatery psychopaty słyszał tylko pojedyncze szybkie dźwięki ostrzenia dobrze znanej mu katany. Nagle poczuł zapach pieczonego kurczaka. Skierował się w stronę kuchni i zobaczył kapitana stojącego przed lodówką.
- Na co macie dziś ochotę żołnierzu? - zapytał lider nawet nie patrząc w jego stronę.
- Szczerze powiedziawszy, to myślę, że pieczony kurczak byłby idealny - odparł bezwiednie mężczyzna.
- I pięknie, bo na kolację będzie właśnie pieczony kurczak! - powiedział z uśmiechem Skipper.
- Zawołać resztę?
- Tak, wołaj ich.
Kowalski skinął głową i oddalił się. Kiedy wszedł do największego pokoju, rozejrzał się po nim z przyzwyczajenia. Solidne kamienne ściany, zero okien, kilka żarówek, pod jedną ścianą ukochana przez cały oddział plazma, pod drugą stacja radiowa, pod kolejną przejście do dalszej części bazy, pod ostatnią wyjście,  a na środku sofa, stół i kilka krzeseł. Poszedł w stronę pokoju Rico, zapukał i krzyknął:
- Kolacja!
To samo zrobił z Szeregowym. Po chwili jego towarzysze stali już na korytarzu. Poszedł w stronę swoistego salonu, gdzie dowódca już czekał na nich z posiłkiem. Naukowiec uśmiechnął się do siebie w myślach. Cieszył się, że miał najlepszy węch w oddziale. Podczas operacji niewiele to dawało, ale w normalnych sytuacjach się przydawało. Wszyscy poza Rico już zaczęli jeść. Pomimo tego, że niewątpliwie był psychopatą i zabijał najwięcej ludzi, to był jedynym wierzącym członkiem oddziału. Przed posiłkiem zawsze się modlił, chodził do spowiedzi i do kościoła. Mimo, że pozostali byli zadeklarowanymi ateistami, żadna strona nie krytykowała drugiej. Szanowali się nawzajem. Po skończonym posiłku Skipper wstał i powiedział:
- To co panowie, dzisiaj oglądamy finał Ligi Mistrzów?
- Tak jest! - krzyknęli ochoczo i trochę ironicznie podwładni.
- Tak też myślałem - odparł dowódca z uśmiechem i dodał - Dobra, podział zadań. Mike, przekąski, Rico, napoje, a Kowalski zadba o dobry sygnał. Ruchy!
Szeregowy i Rico wybiegli przez drzwi wyjściowe do sklepu, a Kowalski zanim poszedł nastawiać antenę szczerząc się, powiedział:
- Zobaczy szef, że nasi wygrają.
- Wiem Kowalski, wiem - odparł lider, również z uśmiechem na twarzy.
***
Była dziewięćdziesiąta minuta meczu. Wynik wynosił trzy do trzech. Kowalski i Skipper byli już pijani i darli się na całe gardło. Napastnik Borussi biegł pod bramkę rywali. Był sam na sam z bramkarzem. Rico i Szeregowy, pomimo tego, że w odróżnieniu od dowódcy i stratega byli trzeźwi, również byli podekscytowani. Zawodnik oddał strzał i trafił. Po kilku sekundach sędzia odgwizdał koniec spotkania.
***
Kowalski obudził się na podłodze swojego laboratorium z ogromnym bólem głowy. Rozejrzał się po pomieszczeniu i zobaczył, że mimo jego obaw, wszystko jest na swoim miejscu. Popatrzył na zegarek. Była dopiero piąta rano, ale wiedział, że i tak już nie zaśnie, więc wstał i poszedł do kuchni. Na kanapie w salonie zobaczył ciągle śpiącego Skippera, dookoła którego walały się opakowania po chipsach i popcornie, a także puste butelki po whisky. Przypomniał sobie o wczorajszym finale i się uśmiechnął. „Chłopaki rzeczywiście wygrali”-pomyślał. Skierował się do kuchni z zamiarem zrobienia sobie jakiegoś śniadania. Otworzył lodówkę i popatrzył po zawartości. Nie było tego wiele. Ot, kilka plastrów szynki i sera, kostka masła i karton mleka. Podrapał się po jednodniowym zaroście, który pojawił się na jego twarzy i wziął masło i wędlinę. Otworzył szafkę, w której trzymali chleb i wyjął jedną kromkę. Posmarował ją masłem, położył na niej szynkę i zaczął jeść. Nie zwracał uwagi na to, że chleb był czerstwy, bo był wręcz niewyobrażalnie głodny. Kiedy ją zjadł postanowił trochę posprzątać główne pomieszczenie. Podniósł wszystkie puste opakowania i wyrzucił je do śmieci, a potem to samo zrobił z butelkami po alkoholu. Z powodu kaca giganta przysiadł na krawędzi kanapy i nalał sobie trochę piwa. Siedział przez chwilę w ciszy, kiedy nagle obudził się Skipper.
- Jezu… Matka zawsze mówiła, że mam słabą głowę-rzekł otumaniony dowódca.
Strateg doskonale wiedział, co teraz przeżywa jego kapitan. Dla nienawykłych upojenie alkoholowe jest bardzo bolesne. Podał towarzyszowi szklankę z alkoholem, a ten przyjął dar z entuzjazmem i jednym haustem wypił jej zawartość.
- Dzięki. Jakim cudem nie ma tutaj jesieni średniowiecza? - spytał.
- Wstałem trochę wcześniej i ogarnąłem ten syf.
- Okej. Która godzina Kowalski? - zadał pytanie dowódca zachrypniętym głosem.
- Około szóstej rano.
-Dobra, dajmy im pospać jeszcze z pół godziny i ich budzimy. A teraz muszę coś zjeść.
Po tych słowach wstał i chwiejnym krokiem skierował się do kuchni. Kiedy lider już do niej dotarł i otworzył lodówkę Kowalski usłyszał ciche „cholera”. Szef pewnie też musiał być potwornie głodny, ale nie dawał po sobie tego poznać. Wziął całą wędlinę, masło i ser, a potem postarał się zrobić jak najwięcej kanapek na czerstwym chlebie. Kiedy już skończył jeść dochodziła godzina szósta trzydzieści. Skinął na naukowca, a ten wstał z sofy, postawił piwo na stole i poszedł w stronę pokojów przyjaciół . Nacisnął, znajdujący się na ścianie, czerwony guzik z podpisem „Pobudka!”.  Na korytarzu rozległo się wycie syreny. Pomimo hałasu jaki wywoływała, naukowiec słyszał głośne przekleństwa i klątwy dochodzące z pokojów druhów. Kiedy wyszli wyglądali jak siedem nieszczęść. Mieli podkrążone i przekrwione oczy, a ich włosy były zmierzwione. Ziewając, strateg ruchem głowy wskazał kierunek, w którym powinni się udać. Powoli, ledwo utrzymując się na nogach skierowali się we wskazanym kierunku. Kiedy znaleźli się w kuchni Skipper powiedział im co mają kupić, a oni wzięli plecak, doprowadzili się do porządku, zabrali trochę pieniędzy i wyszli. Do najbliższego sklepu mieli około trzech kilometrów, a to był zbyt mały dystans, by mieli jechać autem. Co znaczyło, że wrócą za jakieś czterdzieści minut. W tym czasie on i przywódca powinni dokończyć sprzątanie. Zajęło im to mniej niż przewidywali, więc włączyli telewizor. Akurat leciały wiadomości. Był w nich prezydent.
~ Z całą pewnością wczorajsze zamachy zszokowały wszystkich. Mam nadzieję, że ich sprawcy zostaną ujęci i zapłacą za swoje czyny.
Naukowiec i przywódca popatrzyli po sobie i zwiększyli głośność.
~ Szacuje się, że jest około trzydziestu zabitych. Rannych zostało około siedemdziesięciu osób. Nic nie wiadomo o ilości zaginionych.
~ Wczorajsze wysadzenie w powietrze Statui Wolności Zszokowało cały świat. Wśród zaginionych wymienia się między innymi Mitta Romneya.
Komandosi usiedli na kanapie i oglądali wiadomości, dopóki do ich bazy nie wpadli ich towarzysze broni, krzycząc:
- Słyszeliście?
W odpowiedzi skinęli głowami i wskazali plazmę. Zdyszani towarzysze oparli się o oparcie mebla i patrzyli. Po skończeniu serwisu wszyscy podeszli do stołu i zajęli swoje miejsca.
- Jakich mamy podejrzanych Kowalski? - spytał kapitan.
- Al Ka’ida, IRA, RAF, ETA i tak dalej. Ale istnieje cień szansy, że to był indywidualny zamach, który miał na celu uśmiercenie konkretnej osoby.
- Myślicie, że to był zamach na Romneya?
- Niewykluczone.
- Dobra, później się nad tym zastanowimy. Pewnie jesteście głodni - powiedział zwracając się do Rico i Mike’a.
- Szczerze powiedziawszy, to tak. Ale mamy jeszcze list, który dostaliśmy od dilera Szeregowego - odparł Rico.
- Nie jest moim dilerem, tylko znajomym. A poza tym przechowuje naszą pocztę - sprostował młodzik.
- Spokojnie, pokłócicie się później. Dajcie ten list i idźcie coś zjeść - skończył Skipper.
Poczekał, aż się oddalą i zwrócił się do naukowca:
- Sprawdźcie co to - powiedział, po czym rzucił mu list.
- Hmmm… Adres burmistrza Nowego Jorku szefie. Myślę, że jakaś grubsza sprawa.
- Otwórzcie.
- Płyta CD.
- Poczekajcie na resztę i ją włączymy.
Po chwili do pokoju weszli Rico i Szeregowy z kawałkami pizzy w rękach i popatrzyli pytająco na naukowca i dowódcę. Ci uruchomili DVD, a następnie włożyli płytę. Przez chwilę ekran był czarny, jednak po chwili pojawiła się na nim twarz Bloomberga.
- Panowie, mam dla was robotę - powiedział  polityk.

C.D.N.